W Krakowie, kilkanaście lat temu, do miejsc niebezpiecznych zaliczano dzielnicę Kazimierz. I była to nie tylko kwestia złego oświetlenia ulic czy szczurów oczekujących mieszkańców na klatkach schodowych, czy – czasem – samych lokatorów. Miejsce miało zły klimat, jak można to ująć najprościej.
Nie chodzono tam na niedzielne, rodzinne spacery, i starano się nie odwiedzać Kazimierza po zmroku. Ludzie, którzy tam mieszkali, w dużej mierze byli potomkami tych, których osiedlono w dawnej, żydowskiej dzielnicy zaraz po wojnie. Mieszkańcy często wspominali, że nawet żyjąc tam wiele lat, często mieli poczucie tymczasowości związane z Kazimierzem. Nie było to miejsce przyciągające amatorów tradycyjnie pojętych rozrywek.

A później pojawił się pierwszy pub, Singer. Jakiś czas po nim otworzyła swe podwoje słynna dziś Alchemia – po tych dwóch ruchach dzielnica jakby się przyczaiła, w oczekiwaniu na coś – i wtedy ruszyła lawina. Pub za pubem, kawiarnia za kawiarnią, jeden klub gonił drugi – jeszcze pierwszy właściciel nie zdążył splajtować, a już drugi oczekiwał za progiem, ze swoją koncepcją zagospodarowania przestrzeni.
Krakowski Kazimierz jest dziś, w pewnym sensie, dzielnica rozrywki. Stał się bardzo modny, dobrze jest mieć tam mieszkanie (mimo hałasu, i związanego z nim dyskomfortu) – czy chociaż przyjść tam na piwo czy kawę z przyjaciółmi.
Być może, ma on obecnie bardzo niewiele wspólnego z dawnym, klimatycznym (choć niebezpiecznym) Kazimierzem – stał się za to coraz bardziej międzynarodowy i uniwersalny – choć i tak specyficzny, o czym można się przekonać tylko naocznie, i organoleptycznie, uczestnicząc w jego słynnym, knajpianym życiu.
MŚ